2017 - kostiumowe podsumowanie

Rok 2017 był dla mnie bardzo szalony i zdecydowanie nie był rokiem typowym, jeśli chodzi o szycie kostiumów. Skłamałabym, gdybym napisała, że byłam zajęta i przez to kostiumów powstało mniej - myślę, że gdyby podsumować to, nad czym pracowałam, wyszłoby mniej więcej tyle samo, jeśli nie więcej, skończonych sukni i strojów. Różnica polega na tym, że spora część z nich powstała na potrzeby moich filmów.

Ten post to częściowo rozwinięcie tego, dlatego trochę mogę się powtarzać.

Ale po kolei:

STYCZEŃ-MARZEC

Miesiąc, który zazwyczaj mija mi na gorączkowym kombinowaniu, jak przy najmniejszych kosztach wyczarować kilka balowych kreacji, spędziłam zamiast tego na projektowaniu kostiumów do mojego filmu The Proposal. Wzięłam na siebie ciężkie zadanie, bo do tej pory szyłam tylko na siebie lub na siostrę, a tym razem miałam do ubrania czterech aktorów, w tym trzy kobiety, które poznać miałam dopiero na dzień przed kręceniem. Z ubraniami męskimi na szczęście pomogła mi Nomina Rosae, za co pięknie dziękuję, ale nadal pozostawał problem strojów kobiecych, zwłaszcza, że dysponowałam tylko wymiarami, które aktorki podały mi w mailu. Modliłam się, żeby te dane zgadzały się z rzeczywistością.

Oprócz kostiumów, wzięłam na siebie też kwestię makijażu i fryzur (a wspominałam już, że byłam reżyserką tego filmu?). Dużo osób zwracało mi uwagę, że to trochę nierozsądne, ale z perspektywy czasu cieszę się, że robiłam to wszystko sama. Dzięki temu aktorki nie mają zbyt mocnego makijażu, który jest nagminny w studenckich filmach kostiumowych, wszystkie mają historyczne fryzury, gorsety i halki, a tych próżno szukać nawet w polskich serialach historycznych.

Ogólnie z kostiumów jestem dość zadowolona, choć nie ukrywam, że przydałby się ktoś doświadczony do pomocy - ale ktoś, kto szanuje historyczne wykroje i sylwetki, a nie robi czegoś "inspirowanego" historią.

Film toczy się na przełomie lat 1840. i 1850.

















A, przypomniało mi się - gdzieś w okolicy lutego (?) odwiedziła mnie panna Wrońska, z którą wybrałyśmy się na harrypotterowe zdjęcia edwardiańskie w naszych hogwartowych mundurkach z ok. 1900 roku:




MARZEC

Dwa tygodnie przed zdjęciami miał miejsce bal w Edynburgu, o którym dowiedziałam się przypadkiem od internetowej znajomej. Miałam prawdziwe szczęście, bo bal był organizowany pierwszy raz i raczej nie reklamowany. Nie mam pojęcia, jak między szyciem halek z watowanych narzut na łóżko a zamawianiem chińskich gorsetów do filmu udało mi się znaleźć czas na uszycie sobie sukni balowej wpasowującej się w datowanie 1817 - ale udało mi się, i bal okazał się świetnym wieczorem, na którym poznałam dużo nowych osób. Był to też, oprócz balu na zamku w Slavkovie dwa lata temu - ale to inna historia, bo głównym wydarzeniem była wtedy bitwa - mój pierwszy zagraniczny bal historyczny! Więcej o balu tutaj.




KWIECIEŃ

Kwiecień upłynął mi na szyciu na kolejny bal. To znaczy nie. Upłynął mi na studiowaniu i pracy nad kolejnym filmem, ale skrawki wolnego czasu i resztki pieniędzy wykorzystałam w szyciowym celu, bo już na początku maja czekał na mnie wiktoriański bal w Bath, z datowaniem 1870-1880.

Niestety, lata 70. XIX wieku nie należą do moich ulubionych dekad jeśli chodzi o modę, dlatego tym razem motywacji do szycia było niewiele, tym bardziej, że czekało mnie szycie klatki tiurniury i halek. Gdzieś w połowie marszczenia falban nie wytrzymałam i wydałam niebotyczną sumę na normalną maszynę do szycia (wcześniej szyłam na takiej pół-zabawkowej dla początkujących, o prędkości jednego szwa na minutę). Maszynę przywiozłam do Polski i używam jej na co dzień, więc to akurat historia z happy endem.

Za to happy endu nie doczekała się moja suknia, której stanik zgubiłam na lotnisku, przez co w dwa dni musiałam dorobić sobie nowy (a i tak miałam masę roboty wykończeniowej przy spódnicy i zdobieniach, wszystko to w mieszkaniu Berolinensis, używając na zmianę po 10 minut jej edwardiańskiej maszyny do szycia). Skończyło się na tym, że pierwsze pół godziny balu spędziłam w łazience, cierpliwie czekając, aż Olga mnie zaszyje (kto nigdy nie był w takiej sytuacji, lub w jej odwróconej wersji, "zszywając koleżankę", niech pierwszy rzuci kamień).

Ogólnie cały wyjazd i bal zasługuje na oddzielny post, na napisanie którego zbieram się od maja.






MAJ/CZERWIEC/LIPIEC

Kolejne miesiące upłynęły na intensywnej pracy i szczerze mówiąc, totalnie nie pamiętam, kiedy znalazłam czas na szycie, a znalazłam - do mojego filmu dyplomowego uszyłam spódnicę głównej bohaterki z tartanu i fartuszki. To tyle w kwestii kostiumów - tym razem postanowiłam się skupić na mojej prawdziwej robocie, czyli reżyserii, resztę strojów pozostawiając MOIM LUDZIOM, czyli departamentowi kostiumowemu.

Samodzielne wyprodukowanie mojego filmu dyplomowego, przy którym pracowało ponad 25 osób, z czego spora część na planie, było najtrudniejszą rzeczą, jaką musiałam zrobić, i jednocześnie najbardziej magiczną (chociaż pre-produkcję śmiało porównałabym do bolesnego porodu). 

Pięć dni spędzonych w wynajętym przez nas, malowniczo położonym dworku było czasem absolutnie wyjątkowym. Odkąd kilka lat temu dowiedziałam się, że Joe Wright kręcił sceny w domu Bennetów w jednym budynku, prawdziwym osiemnastowiecznym domu, w którym rzeczywiście większość ekipy naprawdę się zadomowiła, marzyła mi się taka atmosfera na planie - nie spodziewałam się, że sama zorganizuję coś podobnego.




Pamiętam, jak na początku roku wyobrażałam sobie siebie jako panią reżyser w vintage outficie a la Katharine Hepburn, życie zweryfikowało



I wreszcie mój ulubiony kadr ze skończonego filmu:



SIERPIEŃ

W sierpniu nastąpiła moja przeprowadzka do Polski, po której mogłam powoli zacząć obszywać się na tegoroczny zlot w Ojcowie. Oprócz tego ukazała się książka z moim zdjęciem na okładce (LOL). Czy teraz jestem dziewczyną z okładki?



WRZESIEŃ

Ojców! Postarałam się, żeby się zbytnio nie zmęczyć. Na Ojców zabrałam ze sobą suknię balową i spencer z Edynburga. Spencer wyhaftowałam złotym sutaszem. Uszyłam też sobie nową suknię dzienną i zrobiłam nowy dziwaczny kapelusz, który jest ogólnie dość porażkowy, ale w szyciu, jak i w życiu, nie można się obyć bez porażek.

fot. Jarosław Popczyk

Niedługo później miało miejsce Złote Popołudnie, na którym odbył się pierwszy pokaz mojego filmu dyplomowego. Na tę okazję nie miałam ochoty szyć sobie nic nowego, ubrałam więc żakiet z mojej sesji z Sarachmet i polarkową spódnicę.


Również we wrześniu udałam się z Daisy do Budapesztu, gdzie oprócz zwiedzania spacerowałyśmy w strojach z pocz. XX wieku. Więcej o moim outficie tutaj


PAŹDZIERNIK

W październiku brałam udział w targach vintage i retro "Kogel Mogel", wygłaszając mój pierwszy w życiu wykład :O Dzięki solidnym przygotowaniom nie było tragedii, a wręcz przeciwnie, całe to doświadczenie zachęciło mnie do podobnych wystąpień w przyszłości. Także tego, jeśli szukacie kogoś do wymądrzania, to ja już teraz bardzo chętnie.

Mój targowy outfit

Z okazji targów odwiedziła nas Klod, co zaowocowało szaloną retro sesją halloweenową. Takie rzeczy tylko z Klod.



Na samo Halloween, które jako anglofil bardzo lubię i obchodzę, zrecyklingowałam moją pasiastą suknię i stworzyłam wiktoriańskiego Beetlejuice'a. 



LISTOPAD

Na początku listopada uczestniczyłam w panelu o modzie retro w Polsce, organizowanym przez All in UJ. Było klawo.

Zdjęcie użytkownika The Vintage Dolls.

Zdjęcie użytkownika The Vintage Dolls.


GRUDZIEŃ

Na początku grudnia wybrałam się do Czech na rekonstrukcję bitwy pod Austerlitz. Uszyłam sobie w tym celu nową garderobą - wełnianą zieloną suknię, która po pierwsze, była na mnie za ciasna, po drugie pod wpływem wody i błota rozciągnęła się i spędziłam większość czasu nagminnie się o nią potykając i przeklinając pod nosem, szmizetkę z plisowanym kołnierzem, i pelisę z rudego polaru, którą ozdobiłam sztucznym futrem. Zrobiłam też szybko nowy bonnet. Sam wyjazd mam zamiar opisać w osobnym poście, jeśli ładnie poprosicie, na razie zrobiłam już relację na youtubie.



Na samiutki koniec roku, czyli Sylwestra spędzonego z dziewczynami z Krynoliny, przebrałam się w lata 1850.


Z rzeczy bardziej ciągłych, których nie można podsumować w ramach jednego miesiący:

W tym roku zaczęłam regularnie prowadzić swój kanał na youtubie! Od stycznia zeszłego roku wrzuciłam dwadzieścia cztery filmy, a z dziesięciu tysięcy subskrybentów zrobiło się ponad czterdzieści tysięcy, co jest naprawdę superowe. Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek będę nagrywać głupawe filmiki, w których gadam do kamery, i że ktokolwiek mógłby je oglądać.

W podobny sposób rozwinęło się moje konto na insta. Wszystkim, którym chciało się mnie w tym roku zaobserwować - dziękuję! 

Nie ukrywam, że wszystkie takie mini sukcesy na social mediach mnie bardzo cieszą - nie dlatego, że zwracam uwagę na liczby, ale po prostu bardzo lubię samo wrzucanie contentu, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Z odpisywania na komentarze na yt czerpię taką samą frajdę, jak w 2013 roku z publikowania pierwszego kostiumowego mema.

Dziękuję Wam za cierpliwość - wiem, że z perspektywy czytelnika w tym roku niewiele się działo, mało było też tego, o czym blog tak naprawdę traktuje, czyli moich własnych strojów. Dlatego tym bardziej cieszę się, że nadal tu jesteście, i mam nadzieję, że zobaczymy się na tym blogu też za rok, na podsumowaniu roku 2018!

Komentarze

  1. Ładnie prosimy *.* Czy będzie możliwość zobaczenia gdzieś tych filmów? Bo w sumie to jestem bardzo tego ciekawa <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Widać, że 2017 był dla Ciebie naprawdę intensywny! Dużo się działo. Mam nadzieję, że ten rok będzie jeszcze lepszy pod każdym względem!

    OdpowiedzUsuń
  3. Pokaz tę super prawdziwą maszynę do szycia! I powrzucaj koniecznie foty z wydarzeń, których jeszcze nie opisałas w osobnych postach :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty