wtorek, 10 października 2017

gdzie byłam, jak mnie nie było / so what exactly was happening with me this year

Zaczynałam ten tekst chyba osiem razy, ale za każdym razem utykałam na wstępie - dlatego trudno, pomijam wstęp, przeżyjecie. Oto podsumowanie, punkt po punkcie, co się działo przez miniony rok i dlaczego blogowi się trochę przywiędło.

This is probably the eight time I'm beginning to write this post - always get stuck on the introduction, so I'll just skip it. Here's a summary of what exactly was happening with me the whole last year.

1. Rok zagranico. O tym już chyba wspominałam, ale we wrześniu wywiało mnie do stolicy Szkocji na studia (noo dobra, Edynburg to jest stolica formalna, tak naprawdę wszyscy wiedzą, że stolicą-stolicą jest Glasgow). Wrzesień upłynął więc bardzo nie-kostiumowo na rozpaczliwych próbach ogarnięcia szkockiego akcentu i poszukiwaniach majonezu kieleckiego w polskich sklepach.

1. Studies abroad. Last September I moved to Edinburgh to study the secrets of filmmaking. So, in the first few months, instead of happily sewing, I spent most of the time desperately trying to get used to the Scottish accent and frantically searching for Polish mayonnaise.

2. Listopadowy wyjazd do Haworth (również z tego powodu, a także ze zwyczajowego mojego rozrzewnienia brontowo-jesiennego, w listopadzie zainicjowałam małą akcję poświęconą siostrom Bronte - #brontember na instagramie). Zbawiennym pomysłem okazało się porzucenie projektu chodzenia po wrzosowiskach w wiktoriańskiej sukni - spacer w bardziej casualowym stroju był wystarczająco wymagający. Tak czy siak było cudnie, nocowałyśmy w wiktoriańskim pensjonacie, i cóż mogę rzecz - moje serduszko należy do Yorkshire. Kiedyś powinien pojawić się o tym post.

2. November trip to Haworth. We eventually abandoned our original idea of wandering through the moors in our 1840s dresses - mainly because we didn't finish them on time, but that proved to be the right decision, considering how wet and muddy it was (also, we barely had time for anything anyway, let alone for putting on Victorian attires).



3. Łowy w charity shopach. Nie wstydzę się przyznać, że mniej więcej połowę czasu w Szkocji spędziłam na regularnym przeczesywaniu lokalnych sklepów z używaną odzieżą i rozmaitymi szpargałami - przeczesywaniu owocnym, bo dzięki niemu wzbogaciłam się o całą kolekcję wiktoriańskich butelek, kilkanaście wiktoriańskich i edwardiańskich książek, oryginalne (sztuczne!) futro z lat 40., sukienkę i torebkę z lat 50., rakietę do tenisa z lat 40., oraz całą masę rozmaitych głupot, na które zapewne nie powinnam wydawać pieniędzy, ale aż żal nie kupić, mając w pamięci ofertę polskich second handów. A skoro już mowa o latach 40. i 50....

3. Charity shop hunts. I am not ashamed to admit I spent about half of my time in Scotland rummaging through countless charity shops. Worth it though - I found a whole collection of Victorian glass bottles, a lot of Victorian and Edwardian books sold for next-to-nothing, vintage 1940s fake fur that I intend to wear everyday this winter, a 1950s dress that fits me like a glove, a 1950s leather bad, a 1940s tennis rocket and lots of other things that are probably not at all that unusual for someone UK- or USA-based, but are a really big deal for someone from Poland. Here I probably wouldn't be able to get even one of the things mentioned for the amount of money I spent on all of those. And since we're talking about 1940s...

4. Retro. Ponieważ nie wszyscy z Was obserwują mnie na innych mediach społecznościowych, miniony rok był dla mnie rokiem, w którym zarzuciłam wszelkie ciuchy noszące haniebne znamiona przaśnej współczesności na rzecz takich, którymi nie pogardziłaby moja babcia. Krótko mówiąc, przeszłam stopniową retro-metamorfozę i teraz faktycznie kłuje mię w serduszku, kiedy trzeba gdzieś założyć adidasy albo wyjść z domu bez czerwonej szminki.

4. Retro style. Since not all of you follow me on Instagram, you might not know that the past year was a year of a retro transformation for me. I got rid of all my modern clothes and now it's safe to say that my grandma fully approves of everything I wear, which is not a common situation nowadays.



5. YouTube. Te wspomniane wyżej media społecznościowe to głównie instagram i youtube, który, po ponad roku stagnacji stał się trochę moim internetowym "biznesem", jak i przyczynił do tego, że średnio raz na dwa tygodnie ktoś rozpoznaje mnie, kiedy z pryszczatym ryjem lecę po bułki. Uczucie dość egzotyczne i nieodmiennie niezręczne, acz miłe.

5. YouTube. Again, as some of you only follow this blog, you might not have noticed that since last December I produce - more-or-less regularly - YouTube videos.

Na moim kanale można znaleźć takie na przykład rarytasy.


6. Zwiedzanie. Może nie w takim stopniu, w jakim bym chciała, ale w Szkocji udało mi się trochę pozwiedzać. Już na początku roku akademickiego wykupiłam sobie członkostwo Historic Environment Scotland, co zapewniło mi darmowy wstęp do sporej ilości okolicznych zamczysk i pałaców (muehehe). Jak się pewnie domyślacie, sprawiło mi to mnóstwo frajdy, bo uwielbiam starą architekturę, a przechadzanie się po ruinach komnat Marii Stuart albo prastarej gotyckiej kaplicy w Roslin jak dla mnie zawsze spoko.

6. Sight-seeing. Maybe not to the extent I wanted, but I still managed to see some snippets of Scotland - especially castles and palaces, which was pretty exciting.





7. Harry Potter. Coś, z czego właściwie nie zdawałam sobie sprawy, a mianowicie fakt, że w Szkocji, w Edynburgu zwłaszcza, roi się od miejsc związanych z tym najbardziej magicznym fandomem świata. Hogwartowa atmosfera tak mi się udzieliła, że podczas wizyty panny Wrońskiej wdrapałyśmy się na pokryte uschniętymi wrzosami wzgórza i zrobiłyśmy sobie harrypotterowo-edwardiańską sesję.

7. Harry Potter. Something I didn't really realize when I was moving to Scotland was how obsessed with my favorite fandom it is. This hogwartsy mood resulted in some Slytherin-inspired outfits as well as this hp-Edwardian shoot with miss Wrońska.



8. Kostiumy do filmu "The Proposal". Ponieważ jakimś sposobem udało mi się namówić wykładowców do tego, żeby pozwolili mi wyreżyserować własny scenariusz, a także - mimo zerowego budżetu - aby tenże właśnie scenariusz osadzony był w połowie dziewiętnastego wieku, w okolicy lutego okazało się nagle, że mam do uszycia trzy komplety damskiej odzieży. Było to wbrew pozorom zajęcie dość relaksujące, mimo, że pierwszy raz w życiu szyłam coś nie tylko nie na siebie, ale w ogóle na wymiary podane mi na szybko w mailu. Jakimś cudem, wszystko pasowało i dzięki temu aktorki wyglądały naprawdę ekstra.

8. "The Proposal". I somehow managed to convince my tutors to let me shoot and direct my own Victorian-set script on a zero budget. And, even more surprisingly, we did it! I made all the female costumes, which was quite a challenge, as I've never sewn for someone before.



9. Kostiumy do "Confusions of a Wasted Youth", jak i cały film. Ostatni film, nad jakim pracowałam w Szkocji, był moim filmem dyplomowym, a także przedsięwzięciem, które wyssało ze mnie więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek myślałam że posiadam - a część z nich poszła na zaprojektowane przeze mnie kostiumy.

9. "Confusions of a Wasted Youth". My graduation film was probably the most costly thing I've ever done, and some of the money was also spent on the costumes I designed.



10. Bal w Edynburgu. Regencyjny marcowy bal (który, jako jedną z nielicznych rzeczy, opisałam w ciągu roku na blogu) wspominam bardzo miło i już myślę nad tym, żeby wybrać się na niego po raz kolejny w przyszłym roku.

10. Regency Ball in Edinburgh. Having already written a post on it, let me just say it was a fantastic evening, and let's move on.



11. Bal w Bath. W maju wybrałam się na wiktoriański bal Prior Attire w sukni szytej na ostatnią chwilę - ostatnią do tego stopnia, że sam początek balu spędziłam zszywając stanik sukni w damskiej toalecie. Więcej o moich przygodach w tym znienawidzonym (zupełnie niesłusznie!) przez Jane Austen mieście powinno kiedyś pojawić się na blogu w formie osobnego posta.

11. Victorian Ball in Bath. In May I travelled all the way to Bath for Prior Attire's Victorian Ball - and boy, was it an adventure! I think it fully deserves a whole separate post.



12. Ojców. Świeżo po powrocie z zagranicy (w połowie sierpnia) wpadłam w sam środek eventowego armagedonu, który trwał praktycznie aż do minionego weekendu. Wyglądało to mniej więcej tak, że cały tydzień spędzałam na szyciu ciuchów na sobotę i niedzielę, a w poniedziałek jechałam już po materiały na nowy projekt. Chyba pierwszym z takich większych wydarzeń był Zlot Krynoliny w Ojcowie, na którym pojawiłam się pierwszy raz po dwóch latach.

12. The annual Regency weekend in Ojców. Just after I returned home from studying abroad, a lot of events were ahead of me, and most of them required some heavy sewing. The first of those events was our annual Regency weekend that I FINALLY attended after missing it two times.



13. Wycieczka do Budapesztu. Razem z moją sis postanowiłyśmy wybrać się do Budapesztu, ale ponieważ to my, zabrałyśmy ze sobą całe zestawy edwardiańskich ciuchów, które wcześniej oczywiście ktoś musiał uszyć, a tym kimś byłyśmy my. O tym też powinien pojawić się prędzej czy później post.

13. Budapest trip. Another one of those events was our short trip to Budapest. Obviously, we wouldn't be ourselves if we spent the whole weekend dressed casually - and that, again, required a whole lot of sewing.



14. Złote Popołudnie. We wrześniu wybrałam się na tegoroczne Złote Popołudnie - tym razem nie tylko jako uczestnik, ale współtwórca programu, którego ostatnim punktem była projekcja mojego filmu (patrz punkt 9).

14. Golden Afternoon. This time I attended this annual Victorian picnic by Nomina Rosae not only to show off, but to show - my graduation film that I've mentioned above.

fot. Blue Mango Studio

15. Targi Kogel-Mogel. W miniony weekend odbyły się w Krakowie targi vintage i retro i załapałam się na nich na własny wykład o... kapeluszach. Pozycja pt. "Mówienie 45 minut bez przerwy" została wykreślona z mojej listy rzeczy do zrobienia w życiu.

15. Kogel Mogel retro and vintage fair. Last weekend I attended the fair and had a short lecture on hats - that required some preparation, as I'm a total hat-history noob. Anyways, my first ever lecture - done.

16. Patronite umarł. Niestety, ponieważ do sierpnia praktycznie nie miałam czasu na szycie dla siebie (poza dwoma wymienionymi wyżej wyjątkami), a tym bardziej na aktualizowanie bloga albo kontakt z patronami, troszkę się poddałam i przestałam dawać znać, co się w ogóle dzieje, za co wszystkich pokrzywdzonych bardzo przepraszam. Po prostu intensywny tryb studiów i stres z tym związany sprawiły, że ostatnie na co miałam ochotę to informowanie ludzi o tym, jak bardzo znowu nic nie uszyłam. Ale zgromadzonych do tej pory pieniędzy nie przepiłam, a zakupiłam za nie materiały, które cierpliwie czekają na swoją kolej.

16. Just ignore this point, it's about a Polish patreon site, nevermind.


I tak oto mamy początek października. Przede mną dużo fajowych projektów, cringowych filmików na jutubie i zapewne kilka wyjazdów - ale przede wszystkim duużo pisania, jeśli chcę Wam wszystko porządnie opowiedzieć! Który punkt zaciekawił Was najbardziej?

And so, here we are, it's the beginning of October, which screams lots of fun projects, cringy YouTube videos and probably some trips - but most of all, a lot of writing, if I want to describe it all properly!

czwartek, 20 kwietnia 2017

bal w Edynburgu / the Edinburgh ball

Cały styczeń i luty z zaciśniętą szczęką oglądałam fotki moich polskich znajomych, którzy aktywnie uczestniczyli w sezonie balowym. Nie wiem jak to jest, ale wyjeżdża człowiek na kilka miesięcy na obczyznę, a tu wszyscy pięknieją, stroje mają coraz lepsze, zaznajamiają się ze sobą, organizują nowe wydarzenia o których się od zawsze tęsknie marzyło, a potem to wszystko ląduje na sołszial midiach i można tylko tęsknym okiem zerknąć i zarzucić dyskretnym lajkiem, bo komentarze są niebezpieczne, może przypadkiem ulać się trochę zazdrosnego jadu.

Na szczęście pociechą w tej niedoli był mi fakt, że na horyzoncie miałam marcowy regencyjny bal w mojej nowej tymczasowej okolicy - Edynburgu. Gdyby nie osoba przypadkowo poznana na instagramie, nie miałabym o nim bladego pojęcia - na Wyspach jest dużo wydarzeń organizowanych dla osób zainteresowanych i nie są one jakoś specjalnie ogłaszane publicznie.

As horrible as it sounds, I was really jealous when my friends back in Poland posted pictures from fancy balls and historical events. Sure, I was happy for them, but couldn't help but think - I'm stuck here abroad, and all the fun happens there.

Luckily, I too had something to look forward to, and that was the Regency ball here in Edinburgh. If it wasn't for Peryn, who I knew from instagram, I would be completely clueless that such things even take place in my (current) city.

Przygotowania do balu szły mi, powiedzmy sobie szczerze, marnie. Pod koniec lutego zamówiłam na ebayu materiał i na tym się skończyło. Obudziłam się kilka dni przed balem, przypominając sobie, że na uszycie sukni zostało mi tylko kilkadziesiąt godzin, i zaczęłam zwyczajowy maraton.

Dwa dni przed balem miałam skończony prototyp sukni, który był porażką z kilku względów: po pierwsze, zbyt nisko wykrojone plecy z prześwitującego materiału ukazywały smakowicie rozbebeszoną halkę, którą uszyłam w 2013 i którą śmiało można by nazwać kostiumowym weteranem; po drugie, przez te właśnie plecy suknia okazała się być za długa z tyłu i po bokach, co skutecznie nie pozwalało na jakikolwiek taniec; po trzecie, nie posiadała rękawów ani zapięcia.

Not gonna lie, the whole sewing process sucked. After a long sewing hiatus, being busy with pre production of my new costume short, the last thing I wanted to do is deal with sewing - and yet, there I was, a couple of days before the ball, with a pile of untouched indian fabric I ordered on ebay, knowing if I don't start, I'll have to attend the ball wearing but a mere cotton petticoat.

Unfortunately for me, when I finally forced myself to produce something that might have resembled a Regency gown, it turned out there are some things that went horribly wrong - the back is too low, making the dress too long and showing the ugly petticoat. Also, two days before the ball, the dress still didn't have any sort of closing or sleeves. But is that surprising to you? Didn't think so.

Uporanie się z tymi problemami było heroicznym wysiłkiem, głównie dlatego, że sukni nie chciało mi się szyć już kiedy zaczynałam ją wykrawać, a co dopiero w momencie kiedy coś w niej trzeba było poprawić. 

Ale cóż. Dziesiątego marca, wieczorem, przyleciała do mnie z Londynu Olga z Caeruleus Berolinensis i noc, jak zwykle w takich przypadkach, upłynęła nam na ręcznym wykańczaniu i poprawianiu strojów oraz podjadaniu czekolady.

Niestety, położenie się o czwartej nad ranem w sytuacji, kiedy już dzień wcześniej czułam, że "coś mnie bierze", okazało się słabiutką decyzją. Oj jak bardzo słabą. W dzień balu obudziłam się z myślą, że absolutnie nie ma szans, żebym w ogóle wyszła z domu, nie mówiąc o doczołganiu się na bal. Na szczęście bonusowa drzemka, którą sobie sprezentowałam, podobnie jak szybka wyprawa do apteki po arsenał tabletek i syropów na przeziębienie, ogarnęły mnie na tyle, że dołączyłam do Olgi wciąż pracującej nad swoim strojem. 

Niedługo później przyszedł czas na podjęcie ciężkiej decyzji o pominięciu warsztatów przedbalowych, żeby zostać w mieszkaniu, dokończyć suknie i na spokojnie się w nie odziać (bo w końcu na bale nie chodzi się tańczyć, tylko wyglądać, elo).

Soo maybe leaving all the sewing for the night before the ball was not the best idea. And neither was going to bed at 4 am when I knew I was in the first stage of cold. But that I didn't understand until I actually had to wake up on the day the ball was taking place, with my first thought being "I'm staying in bed for the rest of the day, the ball is not happening". 

Luckily, after a quick trip to the pharmacy, I felt good enough to get back to sewing. Then, together with Olga, we decided to skip the dance workshops to finish the dresses (a reasonable decision, after all one does not attend a ball to DANCE, amirite?).

No i nadeszła godzina! Przyznam się wam szczerze, że miałam sporego stresa. W końcu jechałam na mój pierwszy brytyjski bal (ej, wiem że szkocki, ale to przecież UK), w sam środek masy ludzi których nie znam. Z tańców ogarniałam tylko niektóre i to te łatwiejsze (dzięki Bogu udało mi się dotrzeć na jedne z marcowych warsztatów przygotowujących do balu), suknia miała wszelkie prawo się rozlecieć, a ja wszelkie prawo w samym środku balu rozchorować się na dobre.

Ale gdy tylko weszłyśmy do ogromnego, osiemnastowiecznego budynku Assembly Rooms, stres puścił i zaczął się podziw, który towarzyszył mi aż do końca balu.

Sala balowa była zdecydowanie spełnieniem moich regencyjnych marzeń, podobnie jak zespół na żywo (I ŻARCIE). Jeśli chodzi o stroje, to oprócz paru kwiatków poziom był całkiem wysoki, chociaż przyrównując je do polskich balów to - nie biorąc pod uwagę koszmarków z wypożyczalni - myślę że nie mamy się czego wstydzić. 

Najfajniejsze w całym wydarzeniu było to, że było rekonstrukcją balu, na którym Nathaniel Gow zaprezentował w Edynburgu pierwsze kadryle. Bal ten odbył się dokładnie 200 lat wcześniej, 11 marca 1817 roku, w dokładnie tym samym miejscu i na tej samej sali, a tańczony był dokładnie ten sam zestaw tańców (ponoć nawet zespół muzyczny nosił, całkiem przypadkowo, tę samą nazwę). Chyba dlatego wszystko było jeszcze bardziej magiczne i ekscytujące.

And so, the time has come. We entered the maginificent ballroom in our last-minute-finished dresses and were instantly immersed in 19th century splendour. 

Probably the most exciting thing about the ball was that we were recreating a ball that took place exactly 200 years earlier, on 11th March 1817, in the very same ballroom. Even the dances and the dance order were exactly the same as they were in 1817! How cool is that!



Kiedy pozujesz do portretu z Caroline Bingley i nie zauważasz, że twoja koleżanka ma z nią na pieńku
/ When you're posing with Caroline Bingley and don't notice she messes with your friend





Kiedy pasujesz do kominka
/ When you accidentally match with the fireplace



Kiedy twoja koleżanka jest po godzinach rosyjską księżniczką
/ When your friend is a freakin' Russian princess





Moja szyja: http://i68.tinypic.com/ie2d74.jpg






Więc tak, było fajnie. Czy fajniej niż na polskich balach? Chyba powoli oduczam się stopniowania balów względem siebie, bo każdy ma zupełnie inny charakter. 

Niedługo ciąg dalszy, czyli pobalowe spacerki po Edynburgu! xx


Yup, it was just as cool as it looks. Next time I'm showing you our after-the-ball adventures, stay tuned!

Post udostępniony przez Karolina Żebrowska (@eleonoraamalia)

środa, 11 stycznia 2017

2016 - podsumowanie

[ENGLISH] As this is one of the longest posts I've written so far, I don't really feel like translating it. However, there are some pictures featured as well as links leading to posts that in fact do have English translations, so feel free to find these in the text below.

A w sumie, dlaczego nie. Oto podsumowanie tego, co kostiumowego i historycznego zrobiłam w tym roku!

Styczeń

W styczniu wzięłam udział w dwóch balach - Szkockim oraz warszawskim Balu Arsenału.

Bal Arsenału odbył się tym razem w pokrytych pięknym puchem Łazienkach, zaś datowanie sugerowało końcówkę osiemnastego wieku. Bal miał zupełnie inny charakter, niż ten, który odbył się w 2015 roku - przede wszystkim dlatego, że tym razem przyjechało na niego mnóstwo moich znajomych, uczestników też było prawie dwukrotnie więcej. Bawiłam się jednak równie dobrze na obydwu balach. Atmosfera podekscytowania, nowych znajomych i szalonych wygłupów pozostała bez zmian.


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek
Nieco później w tym samym miesiącu odbył się w Krakowie Bal Szkocki. Bal Szkocki jest zawsze swojski i na luzie, mam też do niego spory sentyment, ponieważ to właśnie on kilka lat temu pchnął mnie do uszycia pierwszego kostiumu. I tym razem było podobnie - w przeciwieństwie do Balu Arsenału nie zawarłam żadnych nowych znajomości, był za to bardziej intensywny tanecznie. Na bal założyłam moją błękitną robe a l'anglaise i chyba jedyne foto, na które się załapałam, to moje własne selfie (nie wiem, dlaczego nie wyświetlają mi się instagramowe zdjęcia zamieszczone w tym poście - wam też? jeśli tak, kliknijcie po prostu na opis fotki)

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karolina Żebrowska (@eleonoraamalia) 

A nie, jednak jakieś jest:


fot. Saasankowe Fotki

Luty

W lutym najpierw pokazałam wam moją suknię z Balu Listopadowego...



... a potem miałam okazję brać udział w katowickiej imprezie w stylu lat 20. Chociaż nie była ona specjalnie historyczna, razem z ChopiniannąGabrielą i Daisy tak bardzo byłyśmy spragnione klimatów rodem z Wielkiego Gatsby'ego, że postanowiłyśmy wbić w sam środek ubranych w sukieneczki z Zary pań i spędzić noc na tańczeniu bez skrępowania Charlestona. Suknię niedługo potem pokazałam wam na blogu.


Luty był wyjątkowo obfity w posty, ukazało się ich bowiem aż cztery, podczas gdy w resztę miesięcy 2, 1 lub 0. Kolejnym postem był słowniczek slangu kostiumowego, zaś pod koniec lutego podzieliłam się z wami zdjęciami mojego nowego płaszcza.


W lutym poznałam też Klod i we trójkę z Daisy zrobiłyśmy sobie zdjęcia na krakowskim Kazimierzu. To był tylko wstęp do wielu naszych przygód :,)



Marzec

W marcu założyłam profil na portalu Patronite, dzięki któremu pozyskałam fundusze na praktycznie większość strojów, które szyłam do końca tego roku, oraz udało mi się zebrać większą część pieniędzy na moją suknię Elżbiety Wielkiej (nadal w fazie beta). Wciąż nie wiem, jak wyrazić wam wdzięczność za uzyskane wsparcie i całą pomoc. Choć teraz na głowie mam bardziej przyziemne wydatki, jak przedłużacz czy wieszak na ścianę za funciaka, wiedzcie, że pieniądze z Patronite trzymam dzielnie odłożone na czas, kiedy będę mogła wrócić do szycia pełną parą.

Kwiecień

W kwietniu najpierw podzieliłam się z wami moją obsesją na punkcie lat 40., zaś potem wybrałam się na polowanie. Ten strój to właściwie bardziej stylizacja niż uszyty przeze mnie kostium, ale zabawa była i POSZCZELAŁAM.



Maj

Maj, z niewiadomych mi powodów, to odwieczny kostiumowy armagedon. Pięćdziesiąt interesujących mnie wydarzeń kostiumowych lub historycznych na milimetr kwadratowy to standard, najczęściej też, przytłoczona potrzebą dokonania wyboru, poddaję się i na większość z nich nie jadę. Tym razem wybrałam między innymi Bibliotekę Podgórską w Krakowie, w której razem z Daisy i Dorfi opowiedziałyśmy o naszym hobby. Założyłam żakiet z lat 1890., którego jeszcze wam nie pokazywałam, a który powstał naprędce na kręceniu filmu promocyjnego na Złote Popołudnie.



Pod samiuśki koniec maja odbył się kolejny piknik w Pszczynie. Wiedziałam, że tym razem jest to impreza której nie mogę ominąć. W warstwach uszytej naprędce, niedokończonej (NO SZOK!) tiurniury i okropnym upale doczołgałam się na piknik, który tym razem był nieco bardziej kameralny, co sprzyjało, oprócz zawarcia nowych znajomości, odświeżeniu starych. Piknik opisałam tu.



Na piknik uszyłam też suknię Daisy, którą miała na sobie na pikniku. Chyba pierwszy raz jej kreacja podobała mi się dużo bardziej od mojej własnej :D



Czerwiec

Na początku czerwca pokazałam wam suknię, która w praktyce powstała w maju...



Ale w czerwcu również działo się wiele ciekawych rzeczy. Tak naprawdę, czerwiec najbardziej obfitował dla mnie w różne wydarzenia kostiumowe.

Pojechałam między innymi do Warszawy na 200-lecie Uniwersytetu Warszawskiego. Był to bardzo intensywny dzień, który zaczął się uroczystym pochodem i bardzo randomowym przejazdem dorożką z panem Olgierdem Łukaszewiczem, minął na spacerach, tańcach w ogrodzie, wypadach do Dunkin' Donuts w strojach i pokazie mody, a skończył na potężnej migrenie i dogorywaniu w szatni, podczas gdy reszta dziewczyn z Krynoliny, przebranych w stroje balowe, brała udział w bankiecie dla uczestników pochodu. Potrafię wyobrazić sobie lepsze sposoby na zakończenie dnia, ale i tak było bardzo miło. Taka jakaś jest ta Warszawa, że praktycznie nie spotkacie mnie tam we współczesnych ciuchach.

Na 200-lecie uszyłam sukienkę celującą w 1816 rok wraz z odpowiednią nową budką (tak, aby trafić w rocznicowe datowanie) oraz skompletowałam strój regencyjnej służącej. Obydwu strojów jeszcze wam nie pokazywałam na blogu :O


fot. Portretownia Warszawska



Chyba jedyne zdjęcie, na którym uwieńczono fragment mojego stroju z pokazu / fot. Czapla z obiektywem

Nieco później wybrałam się do Pieskowej Skały, gdzie robiłam za ozdobę zamkowego salonu, rysowałam, jadłam potrawy przyrządzone według oryginalnych dziewiętnastowiecznych przepisów i brałam udział w pokazie mody. Ubrałam, po raz kolejny, moją suknię z lat 1790. szytą na Bal Arsenału.

(wszystkie poniższe zdjęcia są autorstwa Pauliny Kowalczyk)










Gdzieś po drodze w czerwcu powstał też na szybko mój wiktoriański strój cyrkowy.




Pod sam koniec czerwca udało mi się uczestniczyć w Małopolskim Pikniku Lotniczym, gdzie w koszmarnym ukropie i rekordowych temperaturach... sprzedawałam lemoniadę.

Pierwszy, nieoficjalny dzień pikniku spędziłyśmy na Panamie. Nie wierzycie? Sami zobaczcie.

(Wszystkie zdjęcia z pikniku również wykonała Paulina Kowalczyk)









Przy okazji, mam na sobie najłatwiejszą do zrobienia sukienkę na świecie, na wiosnę spodziewajcie się tutka, bo teraz trochę bez sensu wrzucać.

Następnego dnia z rana (co nie przeszkodziło słońcu rozżarzyć już płytę lotniska do nieprzytomności) zrobiłyśmy sobie zdjęcia w strojach inspirowanych wojskowymi. Fun fact: spódnica, którą mam na sobie, została moim retro faworytem i jest aktualnie jednym z ulubionych ciuchów, które noszę na co dzień.








Lipiec

W lipcu, pomiędzy wakacyjnymi wojażami, uszyłam na spontana suknię z lat 1780. Spontana-nie spontana, bo uszycie czegoś w tym stylu marzyło mi się już od dłuższego czasu (wspomnijcie moją wiktoriańską kreację cyrkową, gdzie było już widać perukę mającą się przepoczwarzyć w osiemnastowiecznego jeża).



Również w lipcu, na zdjęcia z Sarachmet, uszyłam strój inspirowany obrazem Sargenta.


Sierpień

W sierpniu nakręciłam razem z Wrońską (też dość spontanicznie) spot reklamujący Złote Popołudnie - chyba z żalu, że mnie tam nie będzie!


Zdążyłam jeszcze wziąć udział w sesji dla Muzeum Historii Fotografii, gdzie pozowałam w mojej spódnicy ze Złotego Popołudnia.

fot. Muzeum Historii Fotografii w Krakowie

Tak się złożyło, że sierpień był dla mnie też okresem przygotowań do zmiany studiów i kraju. Jak możecie się domyślić, taki zabieg wymaga sporo energii, a jeszcze więcej energii pochłania już etap właściwy tej przygody, czyli studiowanie i życie. Dlatego...

Wrzesień
Październik
Listopad

minęły bez kostiumowych przygód. Poza odwiedzeniem wystawy Alfonsa Muchy w Glasgow i zwiedzenia kilku szkockich zamków, nic się specjalnego nie działo (chyba, że za coś specjalnego można uznać pisanie kilku scenariuszy tygodniowo, organizowanie castingów, próby z aktorami, naukę obsługi rekordera, lamp, jazdy i kamery, asystowanie przy filmach i reżyserowanie własnego).

Wtem!

Listopad

Pod koniec listopada wybrałam się z Olgą po raz kolejny do mojego ukochanego Haworth, miasteczka sióstr Bronte. Wyjazd ten planowałyśmy od jakiegoś czasu i próbowałam nawet uszyć specjalnie na ten cel suknię z lat 1840., ale przez uczelniane zawirowania nie zdążyłam na czas (tak całkiem szczerze, zdążyłabym, ale kompletnie nie miałam już na to ochoty). 

Cały wyjazd opiszę wam, mam nadzieję, już niebawem w osobnym poście.

Grudzień spędziłam wypoczywając, więc również nic ciekawego nie mam wam do opowiedzenia (może tylko powiem, że na gwiazdkę dostałam druty i włóczkę, więc będzie dziergane). Teraz powoli wracam do uczelnianego trybu, mając nadzieję, że ten semestr pod względem strojów będzie nieco łaskawszy. Choć, szczerze mówiąc, przeglądając napisanego właśnie posta, jestem całkiem zadowolona z tego, ile udało mi się w tym roku uszyć.