czwartek, 20 kwietnia 2017

bal w Edynburgu / the Edinburgh ball

Cały styczeń i luty z zaciśniętą szczęką oglądałam fotki moich polskich znajomych, którzy aktywnie uczestniczyli w sezonie balowym. Nie wiem jak to jest, ale wyjeżdża człowiek na kilka miesięcy na obczyznę, a tu wszyscy pięknieją, stroje mają coraz lepsze, zaznajamiają się ze sobą, organizują nowe wydarzenia o których się od zawsze tęsknie marzyło, a potem to wszystko ląduje na sołszial midiach i można tylko tęsknym okiem zerknąć i zarzucić dyskretnym lajkiem, bo komentarze są niebezpieczne, może przypadkiem ulać się trochę zazdrosnego jadu.

Na szczęście pociechą w tej niedoli był mi fakt, że na horyzoncie miałam marcowy regencyjny bal w mojej nowej tymczasowej okolicy - Edynburgu. Gdyby nie osoba przypadkowo poznana na instagramie, nie miałabym o nim bladego pojęcia - na Wyspach jest dużo wydarzeń organizowanych dla osób zainteresowanych i nie są one jakoś specjalnie ogłaszane publicznie.

As horrible as it sounds, I was really jealous when my friends back in Poland posted pictures from fancy balls and historical events. Sure, I was happy for them, but couldn't help but think - I'm stuck here abroad, and all the fun happens there.

Luckily, I too had something to look forward to, and that was the Regency ball here in Edinburgh. If it wasn't for Peryn, who I knew from instagram, I would be completely clueless that such things even take place in my (current) city.

Przygotowania do balu szły mi, powiedzmy sobie szczerze, marnie. Pod koniec lutego zamówiłam na ebayu materiał i na tym się skończyło. Obudziłam się kilka dni przed balem, przypominając sobie, że na uszycie sukni zostało mi tylko kilkadziesiąt godzin, i zaczęłam zwyczajowy maraton.

Dwa dni przed balem miałam skończony prototyp sukni, który był porażką z kilku względów: po pierwsze, zbyt nisko wykrojone plecy z prześwitującego materiału ukazywały smakowicie rozbebeszoną halkę, którą uszyłam w 2013 i którą śmiało można by nazwać kostiumowym weteranem; po drugie, przez te właśnie plecy suknia okazała się być za długa z tyłu i po bokach, co skutecznie nie pozwalało na jakikolwiek taniec; po trzecie, nie posiadała rękawów ani zapięcia.

Not gonna lie, the whole sewing process sucked. After a long sewing hiatus, being busy with pre production of my new costume short, the last thing I wanted to do is deal with sewing - and yet, there I was, a couple of days before the ball, with a pile of untouched indian fabric I ordered on ebay, knowing if I don't start, I'll have to attend the ball wearing but a mere cotton petticoat.

Unfortunately for me, when I finally forced myself to produce something that might have resembled a Regency gown, it turned out there are some things that went horribly wrong - the back is too low, making the dress too long and showing the ugly petticoat. Also, two days before the ball, the dress still didn't have any sort of closing or sleeves. But is that surprising to you? Didn't think so.

Uporanie się z tymi problemami było heroicznym wysiłkiem, głównie dlatego, że sukni nie chciało mi się szyć już kiedy zaczynałam ją wykrawać, a co dopiero w momencie kiedy coś w niej trzeba było poprawić. 

Ale cóż. Dziesiątego marca, wieczorem, przyleciała do mnie z Londynu Olga z Caeruleus Berolinensis i noc, jak zwykle w takich przypadkach, upłynęła nam na ręcznym wykańczaniu i poprawianiu strojów oraz podjadaniu czekolady.

Niestety, położenie się o czwartej nad ranem w sytuacji, kiedy już dzień wcześniej czułam, że "coś mnie bierze", okazało się słabiutką decyzją. Oj jak bardzo słabą. W dzień balu obudziłam się z myślą, że absolutnie nie ma szans, żebym w ogóle wyszła z domu, nie mówiąc o doczołganiu się na bal. Na szczęście bonusowa drzemka, którą sobie sprezentowałam, podobnie jak szybka wyprawa do apteki po arsenał tabletek i syropów na przeziębienie, ogarnęły mnie na tyle, że dołączyłam do Olgi wciąż pracującej nad swoim strojem. 

Niedługo później przyszedł czas na podjęcie ciężkiej decyzji o pominięciu warsztatów przedbalowych, żeby zostać w mieszkaniu, dokończyć suknie i na spokojnie się w nie odziać (bo w końcu na bale nie chodzi się tańczyć, tylko wyglądać, elo).

Soo maybe leaving all the sewing for the night before the ball was not the best idea. And neither was going to bed at 4 am when I knew I was in the first stage of cold. But that I didn't understand until I actually had to wake up on the day the ball was taking place, with my first thought being "I'm staying in bed for the rest of the day, the ball is not happening". 

Luckily, after a quick trip to the pharmacy, I felt good enough to get back to sewing. Then, together with Olga, we decided to skip the dance workshops to finish the dresses (a reasonable decision, after all one does not attend a ball to DANCE, amirite?).

No i nadeszła godzina! Przyznam się wam szczerze, że miałam sporego stresa. W końcu jechałam na mój pierwszy brytyjski bal (ej, wiem że szkocki, ale to przecież UK), w sam środek masy ludzi których nie znam. Z tańców ogarniałam tylko niektóre i to te łatwiejsze (dzięki Bogu udało mi się dotrzeć na jedne z marcowych warsztatów przygotowujących do balu), suknia miała wszelkie prawo się rozlecieć, a ja wszelkie prawo w samym środku balu rozchorować się na dobre.

Ale gdy tylko weszłyśmy do ogromnego, osiemnastowiecznego budynku Assembly Rooms, stres puścił i zaczął się podziw, który towarzyszył mi aż do końca balu.

Sala balowa była zdecydowanie spełnieniem moich regencyjnych marzeń, podobnie jak zespół na żywo (I ŻARCIE). Jeśli chodzi o stroje, to oprócz paru kwiatków poziom był całkiem wysoki, chociaż przyrównując je do polskich balów to - nie biorąc pod uwagę koszmarków z wypożyczalni - myślę że nie mamy się czego wstydzić. 

Najfajniejsze w całym wydarzeniu było to, że było rekonstrukcją balu, na którym Nathaniel Gow zaprezentował w Edynburgu pierwsze kadryle. Bal ten odbył się dokładnie 200 lat wcześniej, 11 marca 1817 roku, w dokładnie tym samym miejscu i na tej samej sali, a tańczony był dokładnie ten sam zestaw tańców (ponoć nawet zespół muzyczny nosił, całkiem przypadkowo, tę samą nazwę). Chyba dlatego wszystko było jeszcze bardziej magiczne i ekscytujące.

And so, the time has come. We entered the maginificent ballroom in our last-minute-finished dresses and were instantly immersed in 19th century splendour. 

Probably the most exciting thing about the ball was that we were recreating a ball that took place exactly 200 years earlier, on 11th March 1817, in the very same ballroom. Even the dances and the dance order were exactly the same as they were in 1817! How cool is that!



Kiedy pozujesz do portretu z Caroline Bingley i nie zauważasz, że twoja koleżanka ma z nią na pieńku
/ When you're posing with Caroline Bingley and don't notice she messes with your friend





Kiedy pasujesz do kominka
/ When you accidentally match with the fireplace



Kiedy twoja koleżanka jest po godzinach rosyjską księżniczką
/ When your friend is a freakin' Russian princess





Moja szyja: http://i68.tinypic.com/ie2d74.jpg






Więc tak, było fajnie. Czy fajniej niż na polskich balach? Chyba powoli oduczam się stopniowania balów względem siebie, bo każdy ma zupełnie inny charakter. 

Niedługo ciąg dalszy, czyli pobalowe spacerki po Edynburgu! xx


Yup, it was just as cool as it looks. Next time I'm showing you our after-the-ball adventures, stay tuned!

Post udostępniony przez Karolina Żebrowska (@eleonoraamalia)

środa, 11 stycznia 2017

2016 - podsumowanie

[ENGLISH] As this is one of the longest posts I've written so far, I don't really feel like translating it. However, there are some pictures featured as well as links leading to posts that in fact do have English translations, so feel free to find these in the text below.

A w sumie, dlaczego nie. Oto podsumowanie tego, co kostiumowego i historycznego zrobiłam w tym roku!

Styczeń

W styczniu wzięłam udział w dwóch balach - Szkockim oraz warszawskim Balu Arsenału.

Bal Arsenału odbył się tym razem w pokrytych pięknym puchem Łazienkach, zaś datowanie sugerowało końcówkę osiemnastego wieku. Bal miał zupełnie inny charakter, niż ten, który odbył się w 2015 roku - przede wszystkim dlatego, że tym razem przyjechało na niego mnóstwo moich znajomych, uczestników też było prawie dwukrotnie więcej. Bawiłam się jednak równie dobrze na obydwu balach. Atmosfera podekscytowania, nowych znajomych i szalonych wygłupów pozostała bez zmian.


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek
Nieco później w tym samym miesiącu odbył się w Krakowie Bal Szkocki. Bal Szkocki jest zawsze swojski i na luzie, mam też do niego spory sentyment, ponieważ to właśnie on kilka lat temu pchnął mnie do uszycia pierwszego kostiumu. I tym razem było podobnie - w przeciwieństwie do Balu Arsenału nie zawarłam żadnych nowych znajomości, był za to bardziej intensywny tanecznie. Na bal założyłam moją błękitną robe a l'anglaise i chyba jedyne foto, na które się załapałam, to moje własne selfie (nie wiem, dlaczego nie wyświetlają mi się instagramowe zdjęcia zamieszczone w tym poście - wam też? jeśli tak, kliknijcie po prostu na opis fotki)

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karolina Żebrowska (@eleonoraamalia) 

A nie, jednak jakieś jest:


fot. Saasankowe Fotki

Luty

W lutym najpierw pokazałam wam moją suknię z Balu Listopadowego...



... a potem miałam okazję brać udział w katowickiej imprezie w stylu lat 20. Chociaż nie była ona specjalnie historyczna, razem z ChopiniannąGabrielą i Daisy tak bardzo byłyśmy spragnione klimatów rodem z Wielkiego Gatsby'ego, że postanowiłyśmy wbić w sam środek ubranych w sukieneczki z Zary pań i spędzić noc na tańczeniu bez skrępowania Charlestona. Suknię niedługo potem pokazałam wam na blogu.


Luty był wyjątkowo obfity w posty, ukazało się ich bowiem aż cztery, podczas gdy w resztę miesięcy 2, 1 lub 0. Kolejnym postem był słowniczek slangu kostiumowego, zaś pod koniec lutego podzieliłam się z wami zdjęciami mojego nowego płaszcza.


W lutym poznałam też Klod i we trójkę z Daisy zrobiłyśmy sobie zdjęcia na krakowskim Kazimierzu. To był tylko wstęp do wielu naszych przygód :,)



Marzec

W marcu założyłam profil na portalu Patronite, dzięki któremu pozyskałam fundusze na praktycznie większość strojów, które szyłam do końca tego roku, oraz udało mi się zebrać większą część pieniędzy na moją suknię Elżbiety Wielkiej (nadal w fazie beta). Wciąż nie wiem, jak wyrazić wam wdzięczność za uzyskane wsparcie i całą pomoc. Choć teraz na głowie mam bardziej przyziemne wydatki, jak przedłużacz czy wieszak na ścianę za funciaka, wiedzcie, że pieniądze z Patronite trzymam dzielnie odłożone na czas, kiedy będę mogła wrócić do szycia pełną parą.

Kwiecień

W kwietniu najpierw podzieliłam się z wami moją obsesją na punkcie lat 40., zaś potem wybrałam się na polowanie. Ten strój to właściwie bardziej stylizacja niż uszyty przeze mnie kostium, ale zabawa była i POSZCZELAŁAM.



Maj

Maj, z niewiadomych mi powodów, to odwieczny kostiumowy armagedon. Pięćdziesiąt interesujących mnie wydarzeń kostiumowych lub historycznych na milimetr kwadratowy to standard, najczęściej też, przytłoczona potrzebą dokonania wyboru, poddaję się i na większość z nich nie jadę. Tym razem wybrałam między innymi Bibliotekę Podgórską w Krakowie, w której razem z Daisy i Dorfi opowiedziałyśmy o naszym hobby. Założyłam żakiet z lat 1890., którego jeszcze wam nie pokazywałam, a który powstał naprędce na kręceniu filmu promocyjnego na Złote Popołudnie.



Pod samiuśki koniec maja odbył się kolejny piknik w Pszczynie. Wiedziałam, że tym razem jest to impreza której nie mogę ominąć. W warstwach uszytej naprędce, niedokończonej (NO SZOK!) tiurniury i okropnym upale doczołgałam się na piknik, który tym razem był nieco bardziej kameralny, co sprzyjało, oprócz zawarcia nowych znajomości, odświeżeniu starych. Piknik opisałam tu.



Na piknik uszyłam też suknię Daisy, którą miała na sobie na pikniku. Chyba pierwszy raz jej kreacja podobała mi się dużo bardziej od mojej własnej :D



Czerwiec

Na początku czerwca pokazałam wam suknię, która w praktyce powstała w maju...



Ale w czerwcu również działo się wiele ciekawych rzeczy. Tak naprawdę, czerwiec najbardziej obfitował dla mnie w różne wydarzenia kostiumowe.

Pojechałam między innymi do Warszawy na 200-lecie Uniwersytetu Warszawskiego. Był to bardzo intensywny dzień, który zaczął się uroczystym pochodem i bardzo randomowym przejazdem dorożką z panem Olgierdem Łukaszewiczem, minął na spacerach, tańcach w ogrodzie, wypadach do Dunkin' Donuts w strojach i pokazie mody, a skończył na potężnej migrenie i dogorywaniu w szatni, podczas gdy reszta dziewczyn z Krynoliny, przebranych w stroje balowe, brała udział w bankiecie dla uczestników pochodu. Potrafię wyobrazić sobie lepsze sposoby na zakończenie dnia, ale i tak było bardzo miło. Taka jakaś jest ta Warszawa, że praktycznie nie spotkacie mnie tam we współczesnych ciuchach.

Na 200-lecie uszyłam sukienkę celującą w 1816 rok wraz z odpowiednią nową budką (tak, aby trafić w rocznicowe datowanie) oraz skompletowałam strój regencyjnej służącej. Obydwu strojów jeszcze wam nie pokazywałam na blogu :O


fot. Portretownia Warszawska



Chyba jedyne zdjęcie, na którym uwieńczono fragment mojego stroju z pokazu / fot. Czapla z obiektywem

Nieco później wybrałam się do Pieskowej Skały, gdzie robiłam za ozdobę zamkowego salonu, rysowałam, jadłam potrawy przyrządzone według oryginalnych dziewiętnastowiecznych przepisów i brałam udział w pokazie mody. Ubrałam, po raz kolejny, moją suknię z lat 1790. szytą na Bal Arsenału.

(wszystkie poniższe zdjęcia są autorstwa Pauliny Kowalczyk)










Gdzieś po drodze w czerwcu powstał też na szybko mój wiktoriański strój cyrkowy.




Pod sam koniec czerwca udało mi się uczestniczyć w Małopolskim Pikniku Lotniczym, gdzie w koszmarnym ukropie i rekordowych temperaturach... sprzedawałam lemoniadę.

Pierwszy, nieoficjalny dzień pikniku spędziłyśmy na Panamie. Nie wierzycie? Sami zobaczcie.

(Wszystkie zdjęcia z pikniku również wykonała Paulina Kowalczyk)









Przy okazji, mam na sobie najłatwiejszą do zrobienia sukienkę na świecie, na wiosnę spodziewajcie się tutka, bo teraz trochę bez sensu wrzucać.

Następnego dnia z rana (co nie przeszkodziło słońcu rozżarzyć już płytę lotniska do nieprzytomności) zrobiłyśmy sobie zdjęcia w strojach inspirowanych wojskowymi. Fun fact: spódnica, którą mam na sobie, została moim retro faworytem i jest aktualnie jednym z ulubionych ciuchów, które noszę na co dzień.








Lipiec

W lipcu, pomiędzy wakacyjnymi wojażami, uszyłam na spontana suknię z lat 1780. Spontana-nie spontana, bo uszycie czegoś w tym stylu marzyło mi się już od dłuższego czasu (wspomnijcie moją wiktoriańską kreację cyrkową, gdzie było już widać perukę mającą się przepoczwarzyć w osiemnastowiecznego jeża).



Również w lipcu, na zdjęcia z Sarachmet, uszyłam strój inspirowany obrazem Sargenta.


Sierpień

W sierpniu nakręciłam razem z Wrońską (też dość spontanicznie) spot reklamujący Złote Popołudnie - chyba z żalu, że mnie tam nie będzie!


Zdążyłam jeszcze wziąć udział w sesji dla Muzeum Historii Fotografii, gdzie pozowałam w mojej spódnicy ze Złotego Popołudnia.

fot. Muzeum Historii Fotografii w Krakowie

Tak się złożyło, że sierpień był dla mnie też okresem przygotowań do zmiany studiów i kraju. Jak możecie się domyślić, taki zabieg wymaga sporo energii, a jeszcze więcej energii pochłania już etap właściwy tej przygody, czyli studiowanie i życie. Dlatego...

Wrzesień
Październik
Listopad

minęły bez kostiumowych przygód. Poza odwiedzeniem wystawy Alfonsa Muchy w Glasgow i zwiedzenia kilku szkockich zamków, nic się specjalnego nie działo (chyba, że za coś specjalnego można uznać pisanie kilku scenariuszy tygodniowo, organizowanie castingów, próby z aktorami, naukę obsługi rekordera, lamp, jazdy i kamery, asystowanie przy filmach i reżyserowanie własnego).

Wtem!

Listopad

Pod koniec listopada wybrałam się z Olgą po raz kolejny do mojego ukochanego Haworth, miasteczka sióstr Bronte. Wyjazd ten planowałyśmy od jakiegoś czasu i próbowałam nawet uszyć specjalnie na ten cel suknię z lat 1840., ale przez uczelniane zawirowania nie zdążyłam na czas (tak całkiem szczerze, zdążyłabym, ale kompletnie nie miałam już na to ochoty). 

Cały wyjazd opiszę wam, mam nadzieję, już niebawem w osobnym poście.

Grudzień spędziłam wypoczywając, więc również nic ciekawego nie mam wam do opowiedzenia (może tylko powiem, że na gwiazdkę dostałam druty i włóczkę, więc będzie dziergane). Teraz powoli wracam do uczelnianego trybu, mając nadzieję, że ten semestr pod względem strojów będzie nieco łaskawszy. Choć, szczerze mówiąc, przeglądając napisanego właśnie posta, jestem całkiem zadowolona z tego, ile udało mi się w tym roku uszyć.